| The Haunted - Songs of Last Resort (2025) | Nordic Metal Blast

niedziela, 12 lipca 2026

The Haunted - Songs of Last Resort (2025)

The Haunted to kapela, która wyrobiła już sobie własną markę na scenie metalowej. Początkowo ten zespół był nowym projektem muzyków związanych z At The Gates, powstałym po rozpadzie macierzystej formacji. Muzyka tego zespołu, choć zachowała pewne elementy kojarzące się z pionierami gothenburskiego grania, nosiła większe znamiona thrash metalu i hardcore'a. Panowie nie odnosili się jednak bezpośrednio do spuścizny thrashmetalowych klasyków, lecz grali muzykę bliższą czasom, w których funkcjonowali. Powstała wówczas taka dziwna szufladka retro thrash, która obecnie nijak ma się do rzeczywistości i kojarzy się z czymś innym. Bardziej pasuje tutaj po prostu określenie nowoczesny thrash.

Po reaktywacji At The Gates, dwóch muzyków grupy przez pewien czas działało równolegle w tych dwóch projektach, wydając nową muzykę (mowa tu oczywiście o Jonasie i Adrianie, Anders odszedł z kapeli w 2012 roku).

W 2025 roku pojawił się nowy album kapeli, kolejny już po powrocie do składu wokalisty Marco Aro, który choć ma mniej różnorodny wokal od Petera Dolvinga, równie dobrze sprawdza się w energicznym repertuarze. 

Po okresie eksperymentalnym, muzycy wrócili do tego, za co fani lubili ich najbardziej i co być może czują najlepiej, czyli do dociążonego, nowoczesnego thrash metalu. Dziesiąty krążek Szwedów wprawdzie nie zrównał mnie z ziemią, ale słuchało mi się go z nieukrywaną przyjemnością.

Kilka utworów spowodowało szybsze bicie serducha i postawiło na nogi lepiej niż double espresso. "Warhead"przywołujący mocne skojarzenia z pewnym utworem Grip Inc. (pamiętacie "Hostage To Heaven" z płyty "Power of Inner Strength"?), "To Bleed Out" czy absolutny hicior "Unbound".

Płyta jest spójna, energiczna i bezkompromisowa. Nie uświadczymy tutaj udziwnień, eksperymentów. Czysty metal okraszony nowoczesnym brzmieniem i odwołaniem do klasycznych albumów tej formacji, nagranych z Marco Aro, czyli "Made Me Do It" i "One Kill Wonder". Fanom Dolvinga na pewno będzie przeszkadzał jednostajny wokal Marco, ale ja akurat nie mam z tym problemu, bo pasuje dobrze do stworzonego materiału.

W zasadzie ten album mógłby się bez problemu ukazać pomiędzy wymienionym wyżej płytami, co świadczy o tym, że Panowie są w dobrej formie. Oczywiście, jeśli lubicie okres z tym wokalistą za sitkiem. Zdecydowanie jest to najbardziej porywający album po powrocie Marco do składu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz