środa, 19 sierpnia 2026

Tribulation - The Formulas of Death (2013)

 


Zespoły takie jak Tribulation określam mianem "zespół kameleon". Zespoły, które z różnych przyczyn zmieniały styl na przestrzeni lat swojej działalności. Czasem była to chęć rozwoju artystycznego, koniunktura, a niekiedy też zakosztowanie życia gwiazdy rock and rolla i chęć zarobienia więcej $, zwiedzenia świata. 

Takim mianem określam między innymi Tiamat, Amorphis, Katatonia czy Paradise Lost, którzy to nagrywali płyty, czasem będące nie tyle ewolucją, co rewolucją w swoim brzmieniu. Tego typu żonglowanie stylistyką prowadzi do różnych sytuacji. Najczęściej bywa tak, że jedni fani odchodzą, a na ich miejsce pojawiają się inni.

Tribulation zaczynali od grania death metalu starej szkoły (to nic, że już dawniej w Szwecji istniała kapela o tej samej nazwie grająca, o dziwo... death metal). Z biegiem czasu ich brzmienie coraz bardziej ewoluowało w kierunku bardziej gotyckich klimatów, poprzez melodyjny black metal, którego dosyć sporo mamy w omawianym w tym tekście krążku "The Formulas of Death".

Jest to krążek o tyle ciekawy, że oprócz deathmetalowych pozostałości z debiutu i wspomnianych naleciałości blackmetalowych, pojawia się tutaj też nutka psychodelii i gotyku. To tworzy nam całkiem ciekawy i wyróżniający się konglomerat na tle innych wydawnictw metalowych - zwłaszcza wśród młodszych stażem zespołów, bowiem udowadnia, że w metalu jeszcze nie wszystko zostało powiedziane i można stworzyć jeszcze coś, na czym zawiesimy ucho na dłużej.

Choć do tygla zostały wrzucone różne elementy, całość brzmi spójnie i nie sprawia wrażenia powielania schematów czy oczywistego wzorowania się na pewnych kapelach. Oczywiście, idzie wychwycić tu różne inspiracje, ale materiał stworzony przez Szwedów został tutaj podany w dosyć charakterystyczny sposób, co doprowadziło nawet do tego, że jedna z czołowych polskich kapel z kręgu metalu ekstremalnego wyraźnie zainspirowała się Tribulation na jednej ze swoich płyt.

wtorek, 21 lipca 2026

Seance - Fornever Laid to Rest (1992)


Seance jest zespołem pochodzącym ze Szwecji grającym death metal, przy czym nie jest to death metal, jaki kojarzony jest z tym krajem. W muzyce Szwedów z Linköping można bowiem wyczuć nuty kojarzące się bardziej z amerykańską odmianą śmierć metalu. Było kilka takich załóg, najbardziej znaną z nich jest chyba Vomitory, ale muzyka, jaką grają Seance jest jeszcze bardziej brutalna i intensywna.

Najbardziej znanym muzykiem, jaki wywodzi się z tej kapeli jest gitarzysta Patrik Jensen, który niejedno nagrał później z takimi kapelami jak The Haunted, Witchery czy wcześniej Satanic Slaughter. 

Muzyka jaką można posłuchać na płycie "Fornever Laid to Rest" jest szybka, brutalna i intensywna. Pełno tutaj chaotycznych i skomplikowanych zagrywek, zmian tempa, przeplatanych obfitymi blastami. Pierwsze skojarzenia nasuwają mi się z wczesną (najlepszą!) twórczością Deicide czy Malevolent Creation. Wokal jest głęboki i niski - taki jaki lubię. Brzmienie również nie przypomina tego wytworzonego przez Tomasa Skogsberga w osławionym studiu Sunlight, a bardziej florydzkie studio Morrisound. Materiał został nagrany w Berno Studio w Malmo i tutaj creditsy idą w kierunku Berno Paulssona i Bossa, którzy wyprodukowali go przy współudziale muzyków.

Okładka tejże płyty jest piękna, ale to też nic dziwnego, bo stworzył ją sam Dan Seagrave, którego prace zdobią niejeden klasyczny deathmetalowy album.

Sięgając pierwszy raz po tę płytę zespołu Seance, wiedząc z jakiego kraju pochodzą, a nie mając wcześniej z nim styczności, można się zdziwić. Wszakże był to 1992 rok i wówczas w Szwecji było popularniejsze inne podejście do grania, ale najprawdopodobniej chłopakom w duszy grały nieco inne klimaty i postanowili odciąć się całkowicie od głównego nurtu i pograć bardziej w klimatach zza oceanu.

Warto dodać, że wyszło im to całkiem nieźle i gdyby ktoś w ciemno puścił mi ten materiał, to za cholerę bym nie skojarzył tego ze Skandynawią, lecz z USA.

Seance nagrali płytę, której nie powstydziłby się żaden amerykański zespół z tamtych czasów. Rzecz warta obadania. 

niedziela, 12 lipca 2026

The Haunted - Songs of Last Resort (2025)

The Haunted to kapela, która wyrobiła już sobie własną markę na scenie metalowej. Początkowo ten zespół był nowym projektem muzyków związanych z At The Gates, powstałym po rozpadzie macierzystej formacji. Muzyka tego zespołu, choć zachowała pewne elementy kojarzące się z pionierami gothenburskiego grania, nosiła większe znamiona thrash metalu i hardcore'a. Panowie nie odnosili się jednak bezpośrednio do spuścizny thrashmetalowych klasyków, lecz grali muzykę bliższą czasom, w których funkcjonowali. Powstała wówczas taka dziwna szufladka retro thrash, która obecnie nijak ma się do rzeczywistości i kojarzy się z czymś innym. Bardziej pasuje tutaj po prostu określenie nowoczesny thrash.

Po reaktywacji At The Gates, dwóch muzyków grupy przez pewien czas działało równolegle w tych dwóch projektach, wydając nową muzykę (mowa tu oczywiście o Jonasie i Adrianie, Anders odszedł z kapeli w 2012 roku).

W 2025 roku pojawił się nowy album kapeli, kolejny już po powrocie do składu wokalisty Marco Aro, który choć ma mniej różnorodny wokal od Petera Dolvinga, równie dobrze sprawdza się w energicznym repertuarze. 

Po okresie eksperymentalnym, muzycy wrócili do tego, za co fani lubili ich najbardziej i co być może czują najlepiej, czyli do dociążonego, nowoczesnego thrash metalu. Dziesiąty krążek Szwedów wprawdzie nie zrównał mnie z ziemią, ale słuchało mi się go z nieukrywaną przyjemnością.

Kilka utworów spowodowało szybsze bicie serducha i postawiło na nogi lepiej niż double espresso. "Warhead"przywołujący mocne skojarzenia z pewnym utworem Grip Inc. (pamiętacie "Hostage To Heaven" z płyty "Power of Inner Strength"?), "To Bleed Out" czy absolutny hicior "Unbound".

Płyta jest spójna, energiczna i bezkompromisowa. Nie uświadczymy tutaj udziwnień, eksperymentów. Czysty metal okraszony nowoczesnym brzmieniem i odwołaniem do klasycznych albumów tej formacji, nagranych z Marco Aro, czyli "Made Me Do It" i "One Kill Wonder". Fanom Dolvinga na pewno będzie przeszkadzał jednostajny wokal Marco, ale ja akurat nie mam z tym problemu, bo pasuje dobrze do stworzonego materiału.

W zasadzie ten album mógłby się bez problemu ukazać pomiędzy wymienionym wyżej płytami, co świadczy o tym, że Panowie są w dobrej formie. Oczywiście, jeśli lubicie okres z tym wokalistą za sitkiem. Zdecydowanie jest to najbardziej porywający album po powrocie Marco do składu.