W roku, gdy nagrywano ten materiał świat metalowy obiegła bardzo smutna wiadomość. Na raka zmarł wokalista Tomas Lindberg, wybitna postać na scenie metalowej. Człowiek niezwykle zasłużony dla sceny skandynawskiej. Jak wieść gminna niesie, wokale na nową płytę At The Gates nagrał za jednym podejściem i nie trzeba było już kolejnego, bo efekt od razu był zadowalający.
Muzycznie i klimatem album nie odbiega znacząco od tego, co Panowie nagrywali po reaktywacji, z naciskiem na płyty "At War with Reality" i "To Drink from the Night Itself". Pewnym novum są dwa utwory z tytułami w ojczystym języku czyli "Det oerhörda" i "Förgängligheten", który jest zarazem utworem akustycznym. Szkoda, że nie umieszczono go na końcu listy, ponieważ byłby znakomitym zwieńczeniem płyty.
Płyta jest znakomicie wyprodukowana, brzmienie jest soczyste i całość utrzymana jest w mrocznym klimacie. Okładka z kolei kojarzy mi się w pewien sposób ze słynnym obrazkiem do płyty Joy Division "Unknown Pleasures".
Kto wie, co by było, gdyby zespół po premierze albumu ruszył w trasę. Boli mnie to tym bardziej, bo mogłem kilka lat temu karnąć się do Katowic na ich koncert, ale stwierdziłem, że odpuszczam, bo In Flames (z którymi wówczas grali) już widziałem, pozostałe dwa zespoły mnie nie ruszają, zaś At The Gates na pewno uda się zobaczyć w lepszym towarzystwie... Niestety, chyba nie na tym świecie.
