wtorek, 21 lipca 2026

Seance - Fornever Laid to Rest (1992)


Seance jest zespołem pochodzącym ze Szwecji grającym death metal, przy czym nie jest to death metal, jaki kojarzony jest z tym krajem. W muzyce Szwedów z Linköping można bowiem wyczuć nuty kojarzące się bardziej z amerykańską odmianą śmierć metalu. Było kilka takich załóg, najbardziej znaną z nich jest chyba Vomitory, ale muzyka, jaką grają Seance jest jeszcze bardziej brutalna i intensywna.

Najbardziej znanym muzykiem, jaki wywodzi się z tej kapeli jest gitarzysta Patrik Jensen, który niejedno nagrał później z takimi kapelami jak The Haunted, Witchery czy wcześniej Satanic Slaughter. 

Muzyka jaką można posłuchać na płycie "Fornever Laid to Rest" jest szybka, brutalna i intensywna. Pełno tutaj chaotycznych i skomplikowanych zagrywek, zmian tempa, przeplatanych obfitymi blastami. Pierwsze skojarzenia nasuwają mi się z wczesną (najlepszą!) twórczością Deicide czy Malevolent Creation. Wokal jest głęboki i niski - taki jaki lubię. Brzmienie również nie przypomina tego wytworzonego przez Tomasa Skogsberga w osławionym studiu Sunlight, a bardziej florydzkie studio Morrisound. Materiał został nagrany w Berno Studio w Malmo i tutaj creditsy idą w kierunku Berno Paulssona i Bossa, którzy wyprodukowali go przy współudziale muzyków.

Okładka tejże płyty jest piękna, ale to też nic dziwnego, bo stworzył ją sam Dan Seagrave, którego prace zdobią niejeden klasyczny deathmetalowy album.

Sięgając pierwszy raz po tę płytę zespołu Seance, wiedząc z jakiego kraju pochodzą, a nie mając wcześniej z nim styczności, można się zdziwić. Wszakże był to 1992 rok i wówczas w Szwecji było popularniejsze inne podejście do grania, ale najprawdopodobniej chłopakom w duszy grały nieco inne klimaty i postanowili odciąć się całkowicie od głównego nurtu i pograć bardziej w klimatach zza oceanu.

Warto dodać, że wyszło im to całkiem nieźle i gdyby ktoś w ciemno puścił mi ten materiał, to za cholerę bym nie skojarzył tego ze Skandynawią, lecz z USA.

Seance nagrali płytę, której nie powstydziłby się żaden amerykański zespół z tamtych czasów. Rzecz warta obadania. 

niedziela, 12 lipca 2026

The Haunted - Songs of Last Resort (2025)

The Haunted to kapela, która wyrobiła już sobie własną markę na scenie metalowej. Początkowo ten zespół był nowym projektem muzyków związanych z At The Gates, powstałym po rozpadzie macierzystej formacji. Muzyka tego zespołu, choć zachowała pewne elementy kojarzące się z pionierami gothenburskiego grania, nosiła większe znamiona thrash metalu i hardcore'a. Panowie nie odnosili się jednak bezpośrednio do spuścizny thrashmetalowych klasyków, lecz grali muzykę bliższą czasom, w których funkcjonowali. Powstała wówczas taka dziwna szufladka retro thrash, która obecnie nijak ma się do rzeczywistości i kojarzy się z czymś innym. Bardziej pasuje tutaj po prostu określenie nowoczesny thrash.

Po reaktywacji At The Gates, dwóch muzyków grupy przez pewien czas działało równolegle w tych dwóch projektach, wydając nową muzykę (mowa tu oczywiście o Jonasie i Adrianie, Anders odszedł z kapeli w 2012 roku).

W 2025 roku pojawił się nowy album kapeli, kolejny już po powrocie do składu wokalisty Marco Aro, który choć ma mniej różnorodny wokal od Petera Dolvinga, równie dobrze sprawdza się w energicznym repertuarze. 

Po okresie eksperymentalnym, muzycy wrócili do tego, za co fani lubili ich najbardziej i co być może czują najlepiej, czyli do dociążonego, nowoczesnego thrash metalu. Dziesiąty krążek Szwedów wprawdzie nie zrównał mnie z ziemią, ale słuchało mi się go z nieukrywaną przyjemnością.

Kilka utworów spowodowało szybsze bicie serducha i postawiło na nogi lepiej niż double espresso. "Warhead"przywołujący mocne skojarzenia z pewnym utworem Grip Inc. (pamiętacie "Hostage To Heaven" z płyty "Power of Inner Strength"?), "To Bleed Out" czy absolutny hicior "Unbound".

Płyta jest spójna, energiczna i bezkompromisowa. Nie uświadczymy tutaj udziwnień, eksperymentów. Czysty metal okraszony nowoczesnym brzmieniem i odwołaniem do klasycznych albumów tej formacji, nagranych z Marco Aro, czyli "Made Me Do It" i "One Kill Wonder". Fanom Dolvinga na pewno będzie przeszkadzał jednostajny wokal Marco, ale ja akurat nie mam z tym problemu, bo pasuje dobrze do stworzonego materiału.

W zasadzie ten album mógłby się bez problemu ukazać pomiędzy wymienionym wyżej płytami, co świadczy o tym, że Panowie są w dobrej formie. Oczywiście, jeśli lubicie okres z tym wokalistą za sitkiem. Zdecydowanie jest to najbardziej porywający album po powrocie Marco do składu.

czwartek, 9 lipca 2026

Darkthrone - Soulside Journey (1991)

Darkthrone jest niewątpliwie jednym z najważniejszych zespołów kojarzonych z drugą falą black metalu. Niemniej jednak zanim nagrali płyty, które stały się z miejsca kanonem czarnej sztuki, chłopcy z Kolbotn z Norwegii parali się graniem death metalu. Zresztą nie tylko oni i nic w tym dziwnego, gdyż w sąsiedniej Szwecji na przełomie lat 80 i 90 wprost oszaleli na punkcie tego podgatunku. 

Rzecz w tym, że dane im było nagrać debiutancki album, który był dosyć oryginalny i nietuzinkowy, jak na tamte czasy i w dodatku został wydany przez Peaceville Records. Warto przypomnieć, że nagrywali go będąc w młodym wieku w legendarnym szwedzkim studio Sunlight, gdzie za konsoletą stali Tomas Skogsberg oraz Uffe Cederlund.

Przyznać trzeba, że już to, co zostało przeze mnie opisane robi wrażenie. Dopełnieniem tego jest muzyka, która jest ciekawa i wyróżniająca się na tle innych deathmetalowych wydawnictw z tamtego czasu - po obu stronach Atlantyku. Słychać, że młodzi muzycy są zarówno niezwykle obyci z instrumentami, jak i potrafią skomponować dobry materiał. Pełno tutaj zmian tempa - pędzenia na złamanie karku, wgniatających w ziemię zwolnień, kojarzących się z Autopsy. Podejście do grania jest jednak bardziej techniczne. Pojawiają się niebanalne solówki gitarowe grane przez Teda Skjelluma, słyszalny jest bas obsługiwany przez Daga Nilsena. Co jakiś czas słychać klimatyczne syntezatorowe plamy i całości mrocznego charakteru dopełnia growl z pogłosem wydobywający się z paszczy Teda.

Tym bardziej dziwi fakt, że muzycy porzucili wkrótce tę konwencję i materiał, który miał zostać zaprezentowany na kolejnej płycie, został odłożony na trochę lat do szuflady. W zamian za to, na fali wydarzeń w ich ojczystym kraju, postanowili odciąć się od przeszłości i zapodać światu coś zupełnie innego, granie bardziej proste w przekazie z niechlujnym i garażowym brzmieniem. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.

Wokół debiutu Darkthrone urosło wiele mitów, podsycanych również przez sam zespół. Nie ma sensu tutaj wchodzić w szczegóły. Dla mnie liczył się zawsze fakt, że ten album jest bardzo dobry i lubię do niego wrócić od czasu do czasu - nie ważne co w duszy grało i aktualnie gra Tedowi i Gylve. 

" Into the abyss I fall..."