Cztery lata temu Tiamat nagrał płytę niezwykłą jak na dotychczasowe dokonania.
Na "Amanethes" znajdowały się utwory mające związek z chyba każdym rozdziałem w działalności tego zespołu. Oprócz lżejszego i łatwo przyswajalnego grania znanego z ostatnich płyt, naleciałości The Sisters Of Mercy czy Pink Floyd, pojawiały się odniesienia do "Clouds", "Wildhoney", nawet miejscami do jeszcze starszych, deathowych dokonań. Jak widać rozrzut stylistyczny, jak na jedną płytę był ogromny. Jednym mogło to się podobać, innym zaś przeszkadzać.
Mi akurat ten zabieg przypadł do gustu, przez co płyta mimo, że lekko niespójna była za to zróżnicowana i nie pozbawiona charakteru. Można było nawet odnieść wrażenie, że tą płytą Tiamat pożegna się z fanami. Kto wie, czy nawet nie taki był wówczas zamysł?
Z drugiej strony, Tiamat to zespół nieprzewidywalny, tak też trudno było przewidzieć co Edlund z kolegami nagra na kolejnym krążku (jeśli takowy miałby powstać).
Czy będzie to powtórka z rozrywki, czyli wszystkiego po trochu, tak żeby zadowolić fanów, czy też zupełnie coś nowego.
A może po prostu powrót do sprawdzonego przebojowego grania?
Szwedzi postawili tym razem na przebojowość.
Johan postanowił skupić się na swoim chłodnym barytonie, bez kombinowania z ostrzejszymi wokalami. Instrumentalnie mamy też klimaty raczej bliższe płytom "Skeleton, Skeletron" czy "Prey". Z tą różnicą, że kompozycje utrzymane są w chłodniejszym i mroczniejszym klimacie, tworzące monolit, przez co płyta z początku może wydawać się niewyraźna i zagrana na jedno kopyto.
Klawisze robią fajne tło do gitar, czasem pojawi się fajna solówka jak ta w kończącym utwór "The Sun Also Rises" lub ponad minutowym "Before Another Wilbury Dies".
Jest także miejsce na akustyczny przerywnik z ćwierkaniem ptaków (skąd my to znamy? ;)) w postaci utworu "Tiznit".
Wśród na ogół smutnego i nostalgicznego klimatu, pojawia się przebłysk słońca w postaci ballady "Messinian Letter", przypominającej klimatem "Meliae" z poprzedniej płyty.
Najbardziej przebojowe są otwierający płytę, tytułowy utwór, do którego nakręcono też teledysk oraz "Thunder & Lightning".
Płyta jest moim zdaniem słabsza od poprzedniej i postawiłbym między nią a "Prey" znak równości, jeśli chodzi o poziom.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz