Po wydaniu udanej płyty "Skyforger" Amorphis nie osiadł na laurach.
Wydane zostały split, DVD oraz kompilacja. Co do kompilacji, to zespół ten postanowił nie być gorszy od kolegów po fachu i również postanowił nagrać w 2010 roku stare utwory w nowych aranżacjach.
Podobny zabieg zrobili między innymi kolesie z Anthrax, Testament czy Exodus. Podobnie jak w przypadku wymienionych zespołów efekt tych działań jest mocno dyskusyjny.
Na szczęście Amorphis nie zrobił tego by ustały na moment emocje związane z oczekiwaniem na ich całkowicie nowy materiał.
Chłopaki mieli w zanadrzu nowe utwory, które niebawem, bo rok później chcieli zaprezentować na płycie "The Beginning Of Times".
Na nowej płycie styl Amorphis z nowym wokalistą za sitkiem już całkowicie się skrystalizował. Nadal mamy do czynienia z patentami zaczętymi na "Eclipse" i rozwiniętymi na późniejszych płytach.
O ile poprzednim płytom można było zarzucić schematyczność względem rzeczonej płyty "Eclipse" i powielanie patentów, tak tutaj sytuacja ma się nieco inaczej.
Wprawdzie muzycznie nie jest to absolutnie krok w tył, czy w przód, w stosunku do tej stylistyki, lecz owa schematyczność przepadła.
Epicki kawałek otwierający płytę, potem radiowe, chwytliwe numerki, gdzieś w środku ponury walec z growlami, potem znowu luz przeplatany jakimś ciekawszym urozmaiconym utworem.
Tak to wyglądało przedtem.
Teraz tracklista jest nieco mniej schematyczna, ale styl pozostał niezmieniony. To w zasadzie taki mało istotny dla niektórych bajer.
Jeśli chodzi o ciekawostki, to pojawiają się na tej płycie w niektórych momentach żeńskie chórki, a w jednym z utworów "Soothsayer" nawet duet.
Do najciekawszych na płycie zaliczę wspomniany już utwór z duetem oraz "Battle For Light" oraz "My Enemy".
Płyta nie przebiła "Skyforgera" ale trzyma równy dobry poziom, choć miejscami może znużyć słuchacza.
W sam raz na zimowe wieczory przy grzańcu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz