O ile pamiętam, to zespół wcześniej się miał nazywać Black Breath, ale gdy główny winowajca całego zajścia pan Nicke Andersson, znany z grania w pewnym dosyć mało znanym zespole ze Szwecji (później grał w jeszcze mniej znanym) zorientował się, że nikt (a przynajmniej o tym nie było wiadomo) nie używał jeszcze nazwy Death Breath. Postanowił tak też nazwać swój nowy projekt.
EP-ka o takiej samej też nazwie dawała już nadzieje na porządny materiał, w klimacie starych death metalowych płyt ze Skandynawii.
Potem w tym samym roku ukazał się długograj i co się okazało? Pozamiatali!
Andersson przypomniał sobie, jak nagrywał pierwszą, kultową płytę Entombed i odniesień do niej jest na tej płycie mnóstwo. Pojawiają się również bardziej death'n'rollowe zagrywki oraz skojarzenia z pierwszymi płytami Death (aż zanadto śmierdzące w takim "Christ All Fuckin' Mighty", co to brzmi niemalże jak "Zombie Ritual" Chucka).
Nad całością unosi się smród rozkładanych zwłok. Brzmienie jest idealne dla takiego grania.
Bardzo dobra płyta! W końcu nagrywali to goście, którzy znają się na rzeczy jak mało kto.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz