Rok po płycie "Dactylis Glomerata" ujrzała światło dzienne kolejna produkcja tego zasłużonego szwedzkiego zespołu.
W oczy uderza od razu dziwna, "elektroniczna" okładka oraz gdy spojrzymy na listę utworów, również możemy się poczuć nieswojo.
Ci ludzie, którzy mieli jeszcze cierpliwość do Leifa i jego kompanów, przypuszczali, że mogą się spodziewać wszystkiego.
Wspomniane przeze mnie czynniki zwiastowały raczej eksperymentalną płytę i tak też jest.
Ludziom znającym oblicze Candlemass z lat 80-tych, spodziewającym się takiej też muzyki na tej płycie mogę na starcie powiedzieć, żeby dali sobie z tym spokój i posłuchali czegoś innego.
Ci, którym nie obce są eksperymenty na podłożu doom metalowym i okolicach, czy nawet space rockowym, mogą spróbować.
Wokalistą jest ten sam koleś co na poprzedniej płycie "Dactylis Glomerata" czyli Bjorn Flodkvist, a więc jak wiemy wokali w stylu Messiaha Marcolina nie ma się co spodziewać.
Bliżej mu do tego co robił niegdyś Ozzy. Płytę urozmaicają wstawki elektroniczne, odgłosy kojarzące się mnie z lądowaniem UFO, czy czymś w tym stylu. W "Elephant Star" słyszymy znajomy riff, kojarzący się z "Symptom Of The Universe" Sabbathów.
Myślę, że fani poprzedniej płyty powinni ten krążek łyknąć bez popitki.
Ja takiej muzyki (możliwe, że w chwili obecnej;) ) nie rozumiem, więc nie mam zamiaru jej negatywnie krytykować.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz