Tiamat nigdy nie należał do moich ulubionych zespołów, ale miałem do nich słabość. Pomimo tego, że jest to zespół-kameleon za jakimi niezbyt przepadam, mam do nich ogromny szacunek za to, co zrobili dla muzyki metalowej. Mają w sobie to coś, co zawsze przyciągało mnie do ich twórczości.
Przymknąłem oko i potrafiłem z dystansem podejść do skomercjalizowania ich muzyki. Tegorocznej płyty nie posłuchałem od razu po premierze, bo specjalnie nie byłem zainteresowany. Nie nastawiałem się na coś dobrego i tym bardziej metalowego, patrząc pod kątem ich poprzednich trzech płyt. Tym bardziej nie oczekiwałem powrotu do korzeni czy chociażby "Wildhoney".
Jednak dorwałem "Amanethes" i sporo się zdziwiłem.
Muzyka Szwedów na tym albumie, to w zasadzie zbiór doświadczeń wyniesionych ze wszystkich lat działalności zespołu.
Jest to najbardziej zróżnicowana stylistycznie płyta w ich całym dorobku i jest to jej ogromny atut.
Kilka razy zdarza się na tej płycie, że Edlund śpiewa tak jak robił to w czasach "Wildhoney", jego głos jest zadziorniejszy i agresywniejszy niż na ostatnich dokonaniach.
Pojawiają się na płycie utwory kojarzące się bezpośrednio ze starym dobrym Tiamat "Amanes", "Via Dolorosa", "The Temple of a Crescent Moon", Edlundowski harsh wokal w "Raining Dead Angels" czy sięgający patentami nawet do dwóch pierwszych płyt "Equinox of the God".
Jest też miejsce na typowo gotyckie "Until The Hellhounds Sleep Again" czy na utwory kojarzące się z ostatnimi dokonaniami, lecz niebanalne "Meliae", "Misantropolis" czy "Summertime Is Gone".
Zaskoczyli mnie panowie i to pozytywnie, widać, że nadal można na nich liczyć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz